Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Czy można zgubić bombę atomową? - Oczywiście. I to nawet niejeden raz!

64 547  
261   65  
Kanadyjczyk o polsko brzmiącym nazwisku, Sean Smyrichinsky, nurkował sobie w okolicach wybrzeża Kolumbii Brytyjskiej. W tym miejscu natknął się na sporą populację strzykw – morskich zwierzątek znanych ze swoich medycznych właściwości.


W pewnym jednak momencie uwagę nurka przyciągnął podłużny, metaliczny kształt połyskujący na dnie. Mężczyzna zbliżył się do tajemniczego obiektu. Znalezisko nie było większe niż małżeńskie łoże, miało owalny kształt i posiadało spłaszczony czubek. Sean był przekonany, że natrafił na wrak UFO.

Jak się później okazało, żelastwo było ziemskiego pochodzenia, ale jego znalezienie i tak wywołało sporo zamieszania, bo przypadkiem odkryty przez Smyrichinsky’ego przedmiot poszukiwany był przez ponad 60 lat!

W 1950 roku amerykański bombowiec B-36 brał udział w ćwiczebnych manewrach mających być symulacją ataku bombowego na San Francisco. W ciągu trwającego 24 godziny lotu, samolot miał przelecieć nad północnym obszarem Pacyfiku, przeciąć zachodnią Alaskę i Kolumbię Brytyjska, a następnie skierować się w głąb USA.


Na pokładzie maszyny znajdowała się bomba atomowa Mark IV wypełniona uranem i ładunkami wybuchowymi o łącznej wadze 2300 kilogramów!
Już niedługo po starcie z położonej na Alasce bazy wojskowej Eielson, pilot odnotował pewne usterki. Tego dnia temperatura spadła do -40 stopni Celsjusza. Uznano więc, że to właśnie warunki atmosferyczne są odpowiedzialne za te drobne, techniczne problemy. Nie zaprzątano sobie nimi głowy i kontynuowano misję. Siedem godzin później trzy silniki zaczęły dosłownie pluć ogniem i pilot podjął decyzję o wyłączeniu ich. Późniejsza ekspertyza wykazała, że przyczyną awarii było oblodzenie gaźników.
W tej sytuacji zarządzono ewakuację siedemnastoosobowej załogi B-36. Zanim jednak ustawiono autopilota, który miał pokierować samolot na środek oceanu, załoga zgodnie z procedurami musiała pozbyć się bomby. I tak też ładunek atomowy o mocy zbliżonej do tego, który praktycznie zmiótł Nagasaki z powierzchni ziemi, został zrzucony do Pacyfiku. Dwunastu członków załogi przeżyło katastrofę w porę dając dyla ze spadochronami na plecach, pozostałych pięciu niestety nie miało takiego szczęścia.


Poszukiwania zaginionych dwóch ton uranu i ładunków wybuchowych poszły na marne. Bomba dosłownie rozpłynęła się gdzieś w głębinach Pacyfiku. Amerykańscy wojskowi uspokajali opinię publiczną – wprawdzie zagubione żelastwo wypełnione było potencjalnie niebezpiecznym balastem, ale nie zawierało ani grama plutonu potrzebnego, by wywołać eksplozję, która mogłaby nieco pokiereszować Kanadę. Dopiero po 66 latach na tajemniczy, metaliczny obiekt natrafił gość poławiający strzykwy…
O tego typu skarbach mówi się „złamane strzały” (ang. „broken arrow”) - są to zaginione ładunki atomowe, które teoretycznie nie powinny wywołać konfliktu zbrojnego. Oprócz opisanej bomby, która od grubo ponad pół wieku spoczywała koło kanadyjskiego wybrzeża, jeszcze przynajmniej siedem takich zgub wala się gdzieś na świecie.


Sześć lat po wspomnianym incydencie samolot Boeing B-47 wyruszył z położonej na Florydzie bazy MacDill w podróż do Maroko. Na pokładzie maszyny znajdowały się dwie bomby typu Mark-15 o łącznej mocy 3,4 megatony. Lot miał odbywać się bez postojów, więc jedyną formą uzupełnienia zapasów paliwa było tankowanie w powietrzu. Procedura ta została wykonana, kiedy samolot znajdował się nad Morzem Śródziemnym. Tam też ostatni raz widziano ten samolot, zanim ten zaginął gdzieś bez śladu. Ani wrak, ani ładunek, który był na jego pokładzie, nigdy nie został znaleziony.


Sporym skandalem był też całkiem idiotyczny incydent, który miał miejsce w 1965 roku. Wówczas to samolot szturmowy A-4E Skyhawk po prostu spadł z lotniskowca U.S.S. Ticonderoga wprost do Oceanu Spokojnego. Zarówno maszyna, jak i znajdująca się na jego pokładzie bomba o mocy 1 megatony, spoczywają do dziś pięć kilometrów poniżej tafli wody… Piętnaście lat później skruszeni Amerykanie przyznali się do swojej wpadki, deklarując jednocześnie, że samolot zatopiony został 800 km od wybrzeży Japonii, więc spokojnie, drodzy miłośnicy sake – nic wam nie grozi! Szybkie śledztwo dowiodło, że to tłumaczenie było jedną wielką ściemą – w rzeczywistości zagubiony ładunek nuklearny zatonął ok. 120 kilometrów od japońskiej wyspy Ryuku.


To wydarzenie mocno wkurzyło mieszkańców Kraju Kwitnącego Bukkake i spowodowało, że USA dostało permanentny zakaz przywożenia jakiejkolwiek broni atomowej na japońskie tereny.

Jedna, dość potężna bomba została zgubiona przez Amerykanów gdzieś na ich własnej ziemi. W 1961 roku samolot B-52 taszczący ze sobą dwa ładunki wybuchowe rozbił się dosłownie kilka chwil po wystartowaniu z bazy wojskowej w Północnej Karolinie. Dzięki szybkiej akcji poszukiwawczej wojskowym udało się namierzyć jedną bombę.


Druga natomiast prawdopodobnie uderzyła w podmokły teren i została wchłonięta przez bagno. Dokopano się jedynie do fragmentu jej ogona, który spoczywał na głębokości ok. 6 metrów pod ziemią. Ładunek wybuchowy, który spoczywa gdzieś w bagnistej głębi ma moc 24 megaton! To wielokrotnie więcej niż bomba zrzucona na Hiroszimę. Gdyby to cholerstwo jakimś cudem wybuchło, to prawdopodobnie Północna Karolina przestałaby istnieć. Na szczęście właśnie dlatego Amerykanie posiadają w zapasie jeszcze jedną Karolinę…


Tymczasem jakieś 700 kilometrów na południowy-zachód od Azorów na dnie oceanu leży okręt podwodny U.S.S. Scorpion, który to w 1968 roku wracał sobie do swojej bazy w Virginii. Ta zaopatrzona w napęd jądrowy jednostka zatonęła wraz z liczącą sobie 99 osób załogą oraz dwoma uzbrojonymi głowicami atomowymi. Do dziś nie wiadomo, co było przyczyną katastrofy. Z jednej strony pojawiły się teorie, że doszło do eksplozji jednego z ładunków, z drugiej zaś (tej bardziej „spiskowej”), że za zatonięciem okrętu stoi radziecki okręt podwodny Echo II. Wydobycie wraku spoczywającego 3 tysiące metrów pod poziomem morza jest dość karkołomnym zadaniem. Dlatego też co roku dokonuje się jedynie dokładnych badań na wypadek, gdyby miało dojść do wycieku radioaktywnych substancji mogących skazić środowisko.

Źródła: 1, 2, 3, 4

Oglądany: 64547x | Komentarzy: 65 | Okejek: 261 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało