Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

„Zginął górnik” – czyli co nas, górników, boli w tym, że media o tym mówią

81 029  
299   170  
Część z Was już wie o tym, że jestem górnikiem. Tak. Górnikiem elektrykiem. Część z Was od razu skreśla mnie z tego miana, gdyż górnicy to tylko ci, co na przodkach z kilofami pot z czoła wycierają. Idea powstania owego artykułu? Ostatni wstrząs, o którym 95% z Was pojęcia nie ma, a który wystąpił na kopalni Rudna Główna 7 grudnia tego roku. Wstrząs o sile 4,9 skali Richtera. Ale może od początku...



O co mi chodzi? Chciałem napisać artykuł, który wywoła ogromną burzę w komentarzach, na co liczę. Nie mam na celu nikogo obrażać. Żadnej profesji. Żadnego zawodu. Poniższy monotonny tekst kierowany jest do użytkowników z jakimkolwiek doświadczeniem zawodowym, wiedzących jak pachnie zarobiony pieniądz, co to poświęcenie i ciężka praca. Więc całą sielankę poniżej 18 roku życia serdecznie zapraszam do zamknięcia tej karty. Jeżeli po tym akapicie zabierasz się za napisanie komentarza o tym, jaki to jestem próżny i jak łatwo oceniam innych, tym bardziej zajmij się czymś innym, niż czytanie dalej poniższego tekstu.

Zawód górnika w Polsce kojarzy się z jednym. W sumie z dwoma. Niewyobrażalnymi pieniędzmi, którymi sra każdy z owej profesji oraz nagłaśnianiem w mediach (wbrew woli tych, o których tu mowa) każdego tragicznego (śmiertelnego) wypadku z udziałem kopidoła. I teraz tak. Główny podział górników (taki, który jest znany większości Polaków) to ci pracujący na Śląsku – czarni, wiecznie protestujący, uwaleni węglem Ślązacy oraz mniej ubrudzeni górnicy z Zagłębia Miedziowego – pracownicy zakładów wydobywających miedź i sól. Ja pochodzę z tych drugich. Obracam się w towarzystwie górników z różnych oddziałów. Czy to ma znaczenie? Ma. Ogromne. Bo znam zdanie każdego z nich (w różnym przedziale wiekowym) na różne tematy i mam podstawy ku temu, by pisać nie tylko w swoim imieniu.

Do sedna sprawy. Jako że sramy pieniędzmi, możemy ginąć. Prawda? Czemu nie? Sami się zapisaliśmy do kopalni, nikt nam nie kazał. Bierzemy grubą kasę, mamy masę przywilejów (podobno) i takie tam. Dlaczego Polacy tak uwielbiają wszelkie tematy w mediach na temat górnictwa? Omijam szerokim łukiem tematy związane z ekonomią, sprzedażą węgla i polityką z tym związaną oraz związkami zawodowymi. Dlaczego omijam? Bo są niewygodne? Są. I to jak cholera. Ale ich poruszanie nie jest mi absolutnie potrzebne w moim rozważaniach. Chodzi mi o jednostkę – górnika trupa.

Zawsze czytam komentarze ludzi pod wpisami w mediach po tragediach górniczych. I naprawdę nie ma znaczenia, czy zginął jeden górnik czy ośmiu, jak to miało miejsce 29 listopada zeszłego roku na kopalni Rudna (nieistotne, który szyb). Niektórzy nawet piszą o kondolencjach. Większość jednak o tym, że o zmarłych kierowcach, piekarzach czy budowlańcach się nie mówi, że zawsze się mówi tylko o górnikach, że co to kogo obchodzi itd. No cóż. Trudno się nie zgodzić. Nikt nie każe nam tam zjeżdżać, ale ktoś musi, a my musimy zarabiać na chleb (oczywiście ten najdroższy, sramy kasą). To ja Wam teraz coś opiszę.

Przytoczony przykład. Zginęło 8 górników. Potworna tragedia. Potworna. Nie dla większości z Was. Dla mnie. Dla kogoś, kto znał któregoś z nich. Czemu boli mnie to bardziej niż Was? Ponieważ wiem, co oznacza niepewność. Niepewność to słowo klucz. Jak się ono ma do mojego zawodu? Że zjadę i mogę nie wyjechać? Nie. Nie o to chodzi. Bo już widzę, jak w Waszych głowach tworzy się plątanina komentarzy: „Jak kierowca wyjedzie do Niemiec i z powrotem, też nie ma pewności, że wróci”, „jak budowlaniec wejdzie na rusztowanie wieżowca, może spaść” itd. Otóż nie. Wiecie co się dzieje po wypadku drogowym, gdzie ginie drogowiec/tirowiec/kierowca? Przyjeżdża pomoc. Wyciągają Cię w jednym kawałku bądź trzech, bądź absolutnie zmielonego. Po wstępnych czynnościach proceduralnych rodzina tragicznie zmarłego otrzymuje telefon, że mąż/syn/ojciec miał wypadek śmiertelny.

Wiecie co się dzieje, gdy budowlaniec spadnie z 8 piętra? Zbierają go w jednym bądź trzech kawałkach, bądź absolutnie zmielonego. Po pewnych procedurach dzwonią do rodziny. Wiecie, co się stanie, gdy 800 m pod ziemią dojdzie do wstrząsu (osuwiska, tąpnięcia, wybuchu metanu)? Nastaje niepewność. Czy ktoś przeżył. Ile osób. I gdzie oni właściwie są. Niepewność dla kogo? Ratowników? Kierowników? Nie. Dla rodzin. Taka matka/żona dostaje telefon bądź dowiaduje się z Facebooka, że na tej czy na tej kopalni miał miejsce wstrząs. I teraz tak. Nie wie, na jakim oddziale, na jakim regionie. Czeka. Wie, że mąż zjechał. Wie, że gdzieś tam jest i wie, że żyje. Bo przecież nie ma innego wyjścia, prawda? Musi żyć. Bądź nie. Bądź może leżeć pod toną gruzu w jednym kawałku bądź trzech, bądź całkowicie zmielony. Tyle że nikt o tym nie wie.

Pamiętnego 29 listopada po parunastu godzinach (pamiętam ten dzień jak dziś) znaleziono ostatnich górników. Martwych. Znam opowieści kumpli ratowników z tej akcji. Opowiadali, co zostało z ciał. Rodziny ofiar czekały kilkanaście godzin na wieści. Pełni nadziei. Ja też czekałem. Gdy po 21 opublikowano, że ostatnie trzy ciała znaleziono praktycznie obok siebie, oczywiście martwe, dosłownie pękłem na pół. Proszę podać mi choć jedną profesję w Polsce (W POLSCE), gdzie po wypadku czeka się kilkanaście godzin na wieść o tym, czy są ofiary. Nie mówię tu o katastrofach lądowych, kolejowych, powietrznych, bo w tym przypadku szukani są cywile.

Kiedy zawaliła się hala w Katowicach w 2006 roku, żaden górnik nie napisał: „no tak, tylko mówią i mówią o tych cholernych ratownikach, co to szukają tych ludzi parę dni”. Zapewniam Was. Wszyscy byli myślami z tymi, co pod tymi gruzami leżeli i czekali na ratunek bądź nie… Jeżeli akcja ratunkowa trwa dłużej niż parę godzin, media zawsze to nagłośniają. Dlatego strażacy to bohaterowie. Tak samo ratownicy. Kiedy zasypuje ludzi pod ziemią, gdzie możesz się do nich dostać na dwa sposoby, a akcja trwa kilkanaście godzin – oczy zwrócone są na znienawidzonych górników. Przecież, gdyby robili na budowie, nie leżeliby teraz przywaleni głazem.

Wiecie jaki jest inny aspekt? Tego, który jest właśnie przygnieciony na dole. Bo w wyniku osuwiska spadła na ciebie masa gruzu. Ale masz drobną bańkę powietrza. Taki wyłom. I cisza. Jest potwornie gorąco, a ty zostajesz z myślami sam na sam, czy życie dobrze ci się potoczyło i jak będziesz wyglądał w trumnie. I znowu ta niepewność. I znowu przytoczę ulubiony przykład ameb z Internetu. Budowlaniec leci 4 sekundy z 9 piętra. Kierowca tira zmęczony trasą ma 3 sekundy świadomości, zanim uderzy w drzewo bądź inny obiekt. I po 20 minutach jego rodzina wie. W górnictwie nie. Możesz nie wiedzieć bardzo długo, co się dzieje z twoim bliskim. A ty możesz leżeć 3 godziny w ciemności, powoli się dusząc. I to jest najgorsze w tym zawodzie. Nieważne, czy jesteś górnikiem telefonistą, automatykiem, elektrykiem, strzałowym. Ważne, że zjeżdżasz i możesz nie wyjechać, a twoja rodzina dowie się o tym za parę dni.

I jeszcze jedno. W miastach Zagłębia Miedziowego (Lubin, Głogów, Polkowice) po każdym tąpnięciu ruszają się ściany, szklanki „pływają” po półkach. I wtedy pierwsza myśl u każdego, kto ma w rodzinie górnika – „ku8wa. Wstrząs. Na której kopalni? Czy syn dziś zjechał?”. Siadanie do Internetu, szukanie informacji. Za chwilę słyszysz syreny alarmowe służb ratowniczych wezwanych pod szyb. To są emocje, których nie da się opisać. Ani zrozumieć. To jest jak w przypadku wypadku drogowego. Grasz na kompie i nagle jedzie karetka, myślisz sobie: „babićka dostała zawału” bądź „kurde, może jakiś wypadek”. Sprawdzasz, czy syn odbiera telefon i czy to nie on uczestniczył w ewentualnym wypadku.

Do syna pod ziemię nie zadzwonisz. Nie dowiesz się. I tu przytaczam przykład z wstępu. Wstrząs parę dni temu. Na tej samej kopalni, w której zginęło 8 górników. Serce staje przy gardle. Myślisz sobie: „O nie, w tym roku Barbara nie zabierze górników do siebie”. I czekasz. I tyle możesz. Szukasz informacji w regionalnych mediach, które są bardzo wyczulone w kwestii tąpnięć. I nagle dowiadujesz się, że to była górnicza „siódemka” bądź 5 magnitudo. Wstrząs, który był odczuwalny w Zielonej Górze oddalonej o dziesiątki km. I czytasz komentarze, które co chwilę się pojawiają: „Który szyb, który oddział. Mój mąż zjechał. Mój syn zjechał po południu. Błagam, jakieś info, który szyb, który oddział”. A ty to wszystko czytasz i modlisz się, żeby nie było tam żadnego twojego kolegi. To jest coś, czego nie da się opisać słowami i czego nie życzę doświadczyć. Choć niektórym by się należało. Wyszczekane społeczeństwo węszące kto ile ma kasy i czy przypadkiem nie pracuje na kopalni. Każdy z nich przeżyłby dzień w kopalni. Ale czekanie na informacje o tym, czy twój ojciec żyje czy nie, dobije każdego. Wierzcie mi.

Wiecie, czego nie pokazywano w Faktach, Wydarzeniach czy innych Wiadomościach? Pogrzebów. Bańka pękła, temat ucichł. Tak się składa, że jechałem do pracy parę dni po śmierci tych chłopaków i przejeżdżałem obok jednego z większych kościołów w moim mieście. W kościele był pogrzeb akurat najmłodszego poległego górnika. Tego nie pokażą w telewizji. Ogromna liczba ludzi, nie mieszcząca się w kościele. Pełno górników w mundurach. To był obraz, który zniszczył mi dzień do ostatnich jego godzin. Było mi naprawdę smutno. Naprawdę. Który tirowiec/budowlaniec/piekarz ma wyprawiany pogrzeb na kilka tysięcy ludzi? Żaden. I to nie moja wina, ani tego, co leży w trumnie, mając 24 lata.

I tak nie zrozumiecie. I tak nażarci błędnymi informacjami z mediów bądź Internetu będziecie pewni, że zarabiamy krocie, że sami się tam pchamy. Zawód taki jak każdy inny. To jest argument idący w obie strony. Ale to nie nasza wina, że media nagłośniają takie tragedie. Nie my to wybieramy, nie my tego chcemy. My robimy swoje. Zjeżdżamy i chcemy wyjechać do rodzin i żadna kasa nie jest warta śmierci na dole. Żadna. I powie Wam to każdy. Tyle.

Oglądany: 81029x | Komentarzy: 170 | Okejek: 299 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało